Pusty nie będzie 2011-05-13 19:27:43

Przymierzam się. Jakby co. 

skomentuj (3)

Maraton codzienności 2010-12-25 23:28:24

Takiej przerwy jak ta, jeszcze na tym blogu nie było. Stare ściany i lampa wspomagają pisanie, bo to z nimi kojarzy się każda notka. Ostanie miesiące to istny maraton, więc pisanie tutaj było ostatnią rzeczą na jaką w ogóle miałem nadzieję znaleźć czas. A jednak, wróciłem. Piszę i jakoś nie chcę dać temu miejscu umrzeć. Bo to najprostsze, zapomnieć, znaleźć milion wymówek i powoli uciszać głos w głowie. Więc, na przekór sobie, piszę, żebym mógł przed samym sobą stwierdzić, że się nie poddałem. Przynajmniej narazie.
Zaczęło się nowe. I chociaż przez te kilka ostatnich miesięcy zdarzyło się tak dużo (a przynajmniej sądząc po znikomej ilości wolnego czasu) że starczyłoby na kilka stron opowiadania, to jakoś sam nie wiem o czym mam pisać. Wszystko wydaje się niewarte uwieczniania.
Życie na "własny" rachunek okazało się, nie zapeszając, dużo prostsze, niż się tego obawiałem. Odrobina silnej woli i wszystko układa się po linii prostej. Żeby tylko doba miała kilka godzin więcej, albo chociaż, żebym potrzebował o połowe mniej snu. Wtedy wszystko byłoby już zupełnie łatwe. Tak czy owak, nie jest źle, bo nawet jeżeli po powrocie z uczelni czeka masa obowiązków, związanych z domem, studiami, pracą inżynerską itd. to ma się do czego wracać. A to dużo, naprawdę bardzo, bardzo dużo. Bo wtedy wszystko wydaje się bardziej błahe. Bo jest coś, co jest pewne i stałe, a trzeba mieć coś tak trwałego, żeby móc na tym ze spokojną głową budować kolejny dzień. I pomimo tego, że ten kolejny dzień nie rózni się niemalże niczym od poprzednich i wypełniony jest w większości zobowiązaniami, to ta powtarzalność nie wydaje się być niczym złym. W końcu, każdy dzień w ogólnym rozrachunku jest dobry, a to się przecież nie nudzi. Nie nudzę się, a to bardzo nowe uczucie. Bardzo przyjemne.
Na święta pojechałem do rodziców. Nie pamiętam, kiedy boże narodzenie straciło tą dziecinną magię, ale ten rok to apogeum. Siedząc w pokoju, który jeszcze nie tak dawno był mój, nie czuję się nawet w najmniejszym stopniu, jakbym był u siebie. Czuję się gościem, który powinien już wracać do domu, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. I wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że przecież wynajęty pokój 20 km dalej, też nie jest moim domem. Chociaż chyba już tam bardziej czuję się jak u siebie, ale może tylko dlatego, że kojarzy mi się z Tobą. Bo teraz, dziwna sprawa, naturalne jest to, że jesteś obok, że nie jestem już sam, tylko jest nas dwoje i to dopiero stanowi pełnię, z którą głowa może normalnie funkcjonować. Bez tego czuję się jak na kacu, nie mogąc się na niczym skupić i czekając aż minie.
Już niedługo minie i znowu wejdę w tryby codzienności, która wydając się tak bezsensowanie nudna, wcale dla mnie nudną nie jest. Znowu zacznie się wstawanie rano, palenie w łóżku, pokonywanie drogi na uczelnie, stresy na miejscu i wracanie, które jest sensem zrywania się co rano z niewygodnego łózka. Znowu zacznie się maraton codzienności, który w innych okolicznościach mógłby doprowadzać do obłędu, ale w tych, jest przyjemną świadomością, że jesteś, że czekasz, i że będziesz.

Z bogiem.

skomentuj (2)

Jesteś głupi, płacisz raz, płacisz drugi 2010-09-12 14:00:52

40 milionów serc bije tutaj. A mnie interesuje jedynie kilka. Inne mogłyby stanąć w miejscu. Jak pociągi PKP.  I jednego i drugiego bym nawet nie zauważył. Co mnie to obchodzi? Przecież jeżdżę samochodem.
Chociaż już niedużo tego jeżdżenia mi zostało. Przynajmniej na ten etap życia.
Stary mówi, że trzeba wymienić szybę. Pęknięta. Jak ja kłóciłem się z nim dobre dwie godziny, że trzeba to  zrobić, bo mogę stracić przez to dowód, to był mądrzejszy. Teraz, słyszę nagle, że to mus, bo można się przez  to pozbawić dowodu. Niemożliwe. Chyba jestem cofnięty w fazie. Dlaczego słowa jakiegoś idioty ze wsi  wielkości mojego osiedla są dla niego więcej warte, niż słowa własnego dziecka? Dlaczego w takiej kwestii,  autorytetem jest jakiś burak, który może i przejechał w życiu więcej kilometrów ode mnie, ale 3/4  napierdolony jak świnia. Nie studiuję prawa. Nie znam na pamięć całego kodeksu drogowego, ale studiuję ten  głupi transport, miewałem przedmioty związane z prawem i przepisami w transporcie, i  odrobinę o tym wiem. A  nawet gdybym wiedział nie więcej, niż wioskowy głupek, to ze względu na pokrewieństwo, to moje słowo powinien  brać za dobrą monetę. To chyba po prostu kwestia jego zamiłowania do awantur. To jest jego heroina. Każda  bzdura może być punktem zapalającym do rozkręcenia jakiejś pięknej awanturki. Brat się wyprowadził, więc po  22 latach opinii spokojnego w domu, gdy zostałem sam, zyskałem bardzo szybko miano pierwszego awanturnika  Śląska. Kto by pomyślał. Jestem tylko ciekawy co sie stanie, gdy się stąd wyniosę. Współczuję matce. Nie  będzie miała lekko. I właściwie to nie wiem po co o tym piszę. Bo nie jestem na niego zły, nie mam do niego  pretensji, ani nie pokłóciłem się o nic. Przecież nie widziałem go dwa tygodnie. Ciekawe jest jedynie to, z  jak niedużym trudem przychodzi mi pisanie o nim w niespecjalnie korzystnym świetle. Chyba powinno mnie to  zasmucić.
Przy niedawnym skakaniu po kanałach, na wieczornym piwku, gdy trafiłem z Panem z linków z prawej strony  szablonu,  na hiszpańską wersję programu niszczącego rodziny, prowadzącego u nas przez nieśmiertelnego  Zygmunta Chajzera, poświęciliśmy sekundę całkiem ciekawej kwestii. Padło w programie pytanie, które jako  jedyne można uznać za odrobinę ciekawe i mające sens w konkursie takim jak ten. Czy oddałbyś nerkę swojej  matce? No właśnie, oddałbyś? Czy ja bym oddał? Czy to paskudne, że pomyślałem, że to spore poświecenie dla  kogoś kto nie ma już przed sobą pięćdziesięciu lat życia? Czy jestem chujem? Na swoje usprawiedliwienie  dodam, że oddałbym tą pieprzoną nerkę, chociaż z drugiej strony łatwiej byłoby mi się jej pozbyć, dla kogoś  innego. To chyba kolejny zły znak. Z tym, że to tylko jałowe rozważania. Mowa trawa.
Nie wiem czy przestało mi zależeć, czy kiedykolwiek mi zależało, albo czy zależy mi nadal, a teraz po prostu  tego nie dostrzegam. Czy to przez to, że robię jakiś krok w dorosłość, chyba całkiem spory, a na pewno  niosący za sobą same nowości. To trochę droga bez odwrotu, pomimo tego wszystkiego czego się nasłuchałem,  pewne kroki niosą za sobą konsekwencję, których nie odwróci parę słów i jeden głupi uśmiech. Ciekawe czy  pomiędzy rodzicami a dziećmi autentycznie istnieje jakaś nierozerwalna więź, której nie przerwie ani czas,  ani żaden inny człowiek czy wydarzenie. Ciekawe, czy to idealna, bezinteresowna, nieistniejąca przecież miłość , czy po prostu wspólna egzystencja. I ciekawe, czy matka też oddałaby mi nerkę, jedynie z poczucia  obowiązku. Za ile można sprzedać własne dziecko? Za jaką kwotę Ty byś to rozważył?
Koniec końców, mam przecież świetnych rodziców, i tak naprawdę nie mogę powiedzieć na nich złego słowa, będąc  w zgodzie ze swoim sumieniem. Chyba po prostu poprzewracało mi się w dupie z dobrobytu. Przynajmniej w tej  jednej kwestii.
40 milionów serc bije tutaj, a moje z każdym dniem mocniej i równiej. Nie wiem nawet, jak długo już nie palę.  Trochę boję się tego liczyć, bo w mojej głowie wygląda to już na długie tygodnie, a fakty, mogłyby jak zwykle  odrobinę rozczarować. Więc nie liczę tego co do dnia, i mam cichą, niepisaną umowę z własną głową, że to już  całkiem długo. Ale nie popadam w euforię, bo mózg wyciągnie mi prawdziwą liczbę i kopnie mnie poniżej pasa.  Wtedy pewnie bym sie złamał, bo i tak bywam niebezpiecznie blisko tej granicy. Czasami. Jak ostatnio, gdy  czekałem przeszło dwie godziny przed drzwiami mojego promotora na audiencję. I chociaż chciałem mu zabrać  maksymalnie 10 minut, to jego "3 minutowe" potwornie niecierpiące zwłoki zajęcia, były ważniejsze ode mnie.  Nie dziwie się w sumie. Sam wolałbym posiedzieć na kawce z innym nierobem, zwłaszcza, jeśli jest nim taki  dowcipniś, że mój śmiech byłby słyszalny na całym, 130 metrowym (zmierzyłem go) korytarzu. Rozumiem, że  jestem jedynie studentem. Najniższym w hierarchii śmieciem, który służy jedynie do wyciągania obrzydliwych sum  ze skarbu państwa, ale nawet śmieciowi należy się jakiś elementarny szacunek. Chociaż najmniejsza jego doza.  Tak mi się przynajmniej wydaje, choć ciekawy jestem, jak ja zachowałbym się na jego miejscu. Bardzo możliwe,  że podobnie. W każdym bądź razie, jest debilem, i nie oceniaj mnie Czytelniku zbyt surowo, bo mam miliony  powodów, żeby nazwać go w ten sposób, albo nawet puścić w jego stronę jakąś nieśmiałą "kurwę".
Trzeba jednak zaciskać zęby. Mocno. Chociaż dentystka straszyła mnie już lata temu, że osteoporoza się  zbliża. Ciekawe co powiedziałaby teraz. Już widzę siebie na tym fotelu: "moja ostatnia wizyta, odbyła się 5  lat temu. Za wszystkie pominięte, wieczorne mycia, serdecznie żałuję". Nawet sam boję się tam czasami  zaglądać. Jednak, jeżeli do wyboru jest rzucenie studiów, czy pozbycie się jednego, może dwóch zębów, to  lepiej chyba pożegnać się z zębami. W końcu dyplom zostaje na całe życie, a zęby się zmienia. Bo tylko ten  pierdolony dyplom trzyma mnie przy życiu na tej uczelni. Dyplom i pieniądze jakie za sobą niesie.  Przynajmniej taką mam nadzieję. Bo tak naprawdę, to ostatnia droga, która mi pozostała. Za dużo czasu  zmarnowałem. Cała młodość przeciekła przez palce na rzeczach, nie wartych pamiętania. Bo jedyne co mam, to 22  lata. Nic więcej. To dużo straconego czasu. W tym wieku, mógłbym już do czegoś dojść. Do czegoś całkiem  dużego. Mógłbym pracować w Microsofcie, jeżeli w wieku nastu lat byłbym mądrzejszy i kupił jakąś książkę do  programowania. Mógłbym robić muzykę, nagrywać płyty, jeżeli w odpowiednim wieku, wziąłbym się za ćwiczenia i  oddałbym się im z zaangażowaniem. Mógłbym zarabiać na tysiącu innych rzeczy, których nauczyłbym się w czasie,  który poleciał w niebyt. Mógłbym przeczytać o wiele więcej książek. Mógłbym skończyć studia. Niejedne.  Mógłbym wyjechać uczyć się za granicę. Mógłbym. Bym. Już nie mogę, bo jest za późno. Bo teraz pozostało już  tylko robienie dyplomu i modlenie się, że zapewni jako taki byt.
40 milionów serc bije tutaj, a moje, pomimo że zdrowsze, jakby szybciej. Wszystko mnie stresuje, a  najbardziej brak czasu. Bo nawet pisząc tą notkę, powinienem robić co innego. Powinienem się pakować, jechać  do sklepu, robić coś w kierunku pracy dyplomowej, kserować katalogi i kilka innych rzeczy, które pominę dla  spokoju własnego sumienia. Właściwie to dla wspomnienia po tym spokoju, który kiedyś tam był. Boję się myśleć  o tylu rzeczach. Boję się liczyć, boję się przyjmować pewnych rzeczy do wiadomości. Boję się, bo mam  wrażenie, że jestem na pogrzebie mojej młodości. Że to już końcówa, że nie zostało tego za dużo i zaczną się  problemy, znane jedynie z opowiadań. Bo ja też zostałem przecież wychowany pod kloszem. Nie w  potocznym rozumieniu, bo do życia jestem przygotowany, ale jednak od wielu rzeczy byłem separowany. Mnóstwa  rzeczy nawet nie widziałem na własne oczy. A teraz mam wrażenie, że pozbywam się domu. Usłyszałem mnóstwo  zapewnień, że będę miał gdzie wrócić, że to dalej mój dom. Szkoda, że parę minut później usłyszałem również, że  powrotów nie będzie, bo mieszkanie idzie na sprzedaż, bo jest za duże. Wynajęte mieszkanie, a właściwie  pokój, nie będzie przecież moim domem. Skoro te 4 ściany tutaj, również przestają nim być, to właśnie staję  się bezdomnym. I to bardzo nieprzyjemne uczucie, bo przecież ja niczego nie posiadam, do niczego nie  doszedłem, niczego nie zaoszczędziłem, nie mam póki co żadnych perspektyw, ani kapitału. Nie mam niczego.
I szkoda, ze to forsa wprawia w ruch ten świat, że to ona nim rządzi. Szkoda, że gdyby była, to wszystko  byłoby tak prozaicznie proste (to tautologia?), że tak cholernie dużo od niej zależy. Że to synonim  szczęścia. Chociaż pewnie, gdyby o powodzeniu świadczyła jakaś cecha charakteru, wyglądu, czy ilość jakichś  pieprzonych koralików, to dam sobie rękę uciąć, że też bym ich nie miał.
40 milionów serc, a prawie każde mam w dupie. Już nawet swoje zaczyna wydawać mi się nijakie.

Z bogiem.

skomentuj (4)
Księga Gości

Archiwum

2011
maj
2010
grudzień
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec


Lay by Callan